Cześć, a w zasadzie 今晩は, bo u mnie już jest wieczór. :)
Rozpoczynam po raz drugi przygodę z Japonią! Tym razem odwiedzam Okayamę - małe (w porównaniu do Tokio) miasteczko na południu Japonii, o klimacie iście tropikalnym. Powietrze jest tak duszne i gorące że aż zatyka. Burze przechodzą podobno codziennie, ale po deszczu jest jeszcze gorzej niż przed, bo robi się parno. Taki gratis. :)
Samo miasteczko wydaje się bardzo sympatyczne na pierwszy rzut niewprawnego oka. Niewiele co prawda zobaczyłam, bo tylko drogę ze stacji na uczelnię i z uczelni do spożywczego, ale niewątpliwie jest zupełnie inaczej niż w Tokio. Chyba przyzwyczajenie do mieszkania w małym miasteczku wzmogło we mnie niechęć do gigantycznych metropolii. Jak tylko się ogarnę to wybieram się na zwiedzanie, bo jest tu ponoć piękny zamek i trzeci co do urody japoński ogród. Chętni do oprowadzania już się znaleźli więc nawet nie będę musiała łazić sama.
Tym razem wyjazd zaczął się kompletnym pechem... Mówi się, że "miłe złego początki". Mam nadzieję, że działa to też w drugą stronę i podsumowując stwierdzę, że "złe miłego początki". Otóż było to tak... Przed wylotem z Polski spałam urywanym snem ze trzy godziny. Liczyłam na to, że zapewni mi to spokojny sen w drodze do Japonii. Myliłam się jednak i przez 10 godzin lotu z Frankfurtu nie zmrużyłam oka. Obejrzałam wszystkie ciekawe filmy jakie były dostępne, z zawodem stwierdziwszy że w tym samolocie nie było dostępnych kultowych gier, tylko Tetris... Sssszkoda. Zmęczyłam się strasznie tym nic nie robieniem i już tylko modliłam się, żeby podróż dobiegła końca. Moje modły ostatecznie zostały wysłuchane. Doleciałam. Z opóźnieniem, ale w jednym kawałku. Umówiona byłam z profesorem o 11:00 na stacji w Okayamie, miałam więc 2,5h żeby się tam dostać... Nie było jednak szans. Stanęłam w kolejce do kontroli celnej, a z uwagi na to że dostałam wizę na rok posłano mnie do najkrótszej kolejki. Zbyt szybko jednak się ucieszyłam. Kolejka może i krótka, ale czas oczekiwania około 20 razy dłuższy!! Potem okazało się dlaczego: bo od razu wyrabiali delikwentom japońskie "dowody osobiste", nie musiałam więc potem już tego załatwiać.
Z kolejki tej wydostałam się o 10:00!! Do Okayamy jakieś dwie godziny jazdy, więc wysłałam profesorowi prośbę o przesunięcie spotkania na 13:00, co dawało mi nawet zapas. Czym prędzej więc popędziłam na stację wypytując o drogę do stacji Shin-Osaka, w której miałam przesiąść się na Shinkansen. Wszystko by było fajnie, bo miałam jechać pociągiem który z lotniska jedzie bezpośrednio na tę stację, okazało się jednak że był wypadek kolejowy właśnie tej linii i nigdzie nie pojadę... Argh... Kupiłam zatem bilet o wartości odpowiedniej do docelowej stacji, dostałam od pana konduktora śliczną karteczkę zapisaną od góry do dołu krzaczkami i ruszyłam w dalszą drogę. Tylko dwie przesiadki i mnóstwo błądzenia. Ale karteczka przydała się, bo pozwalała przechodzić mi przez bramki bez biletów. Przy drugiej bramce dostałam kolejną, trochę inną, do kolekcji, a przy trzeciej zabrali mi wszystkie. Zapewne z informacjami o wypadku i tym skąd jadę i dokąd chcę dotrzeć. Luz... Byłby luz, gdybym w pośpiechu nie zaliczyła gleby na schodach. Schodziłam z piękną siedemnasto-kilową walizką, bo nie było windy ani ruchomych schodów. Pech chciał że musiałam się poślizgnąć i przelecieć połowę schodów... Musiałam wyglądać imponującą... Zaraz oczywiście zleciała się grupka Japończyków oferująca pomoc, podnosząca mnie, naklejająca plasterki na obtarte kolana i niosąca za mnie walizkę... Hehehe... To tak pół żartem... Walizkę mi zniesiono do końca schodów to fakt. Ale zdobyczne plasterki sama sobie nakleiłam, bo zryłam sobie jedną nogę kompletnie od kolana po kostkę a na drugiej zaliczyłam tylko fioletową gruchę na kolano... Wyglądam teraz jakbym walczyła w partyzantce na polskich ziemiach. Bardzo profesjonalnie przygotowany wizerunek. A ciepło tak, że nie ma szans tego zakryć... W labie oczywiście taktownie nikt nic nie zauważył...
W końcu jednak złapałam shinkansena. O mały włos a wsiadłabym do niewłaściwego, ale coś mnie podkusiło żeby się upewnić co do swego biletu i pani upychaczka posłała mnie do innego. Droga była przyjemna, tylko dwa przystanki. Ale prędkość szacuję tak na 250km/h około. Nie rozpędzał się specjalnie... W Okayamie już czekał na mnie profesor... Nie dostał mojej wiadomości więc biedny czekał od 11:00... Myślałam, że spalę się ze wstydu... Ale dotarłam i to się liczy! :)
WOooo!! Zazdroszczę!! Tzn. nie zazdroszczę upadku, spóźnienia i temperatury :P
OdpowiedzUsuńJa dopiero za 2 miesiące i tylko na 15 dni :( Ale walczę o ten staż, może w końcu się uda :D
O jak nam przykro, że sie potłukłaś:) Buziaczki!!!!
OdpowiedzUsuń