sobota, 18 sierpnia 2012

Pierwsza impreza :)

Udało mi się jakimś cudem namówić paru studentów na imprezkę. Odbyła się w czwartek w tym tygodniu. Nie było nas wielu, bo poza mną przyszło jeszcze czterech studentów, ale to i tak było coś. :) Po pracy w labie udaliśmy się po お酒 do sklepu i potem do mieszkania jednej z dziewczyn. A właściwie mieszkanka, bo malutkie bardzo jest... Chociaż po zastanowieniu stwierdzam, że jak na japońskie warunki to wcale takie małe nie było. Coś jak nasza kawalerka. No i zdecydowanie większe od mojego!

Impreza miała być pod hasłem japońskiego jedzenia. Gospodyni i jeden z kolegów poszli prosto do jej mieszkania, żeby coś przygotować, a reszta, wraz ze mną, miała za zadanie wyposażyć nas w alkohol. Okazało się jednak, że jak dotarliśmy na miejsce jedzonko nie było jeszcze gotowe, tak że miałam okazję popróbować swych sił w gotowaniu. ;) Przygotowywaliśmy 餃子 (gyouza) czyli japońską wersję pierogów. A w zasadzie to chińską, bo przepis z Chin pochodzi. Z tego co czytałam do Chin dotarł z Rosji, więc ostatecznie to takie same pierogi jak te, które można znaleźć na polskim stole. Oczywiście Japończycy, jak to mają w zwyczaju, ułatwiają sobie życie. Przy robieniu japońskich pierogów gospodyni się nie namęczy. Kupuje po prostu gotowe kółeczka z ciasta, pakowane po 30 albo 50 w opakowaniu, wypełnia nadzieniem i skleja! Genialne! Jak nie zapomnę to kupię parę opakowań i wezmę do Polski, żeby przetestować. No wygodne to jest, nie ma co gadać... No i jakie ładne te pierogi potem, idealne, równiutkie... Z resztą zobaczcie sami. :)
Sposób składania mają nieco inny, bo robią takie wdzięczne zakładki z ciasta. Ładnie to potem wygląda. Nadzieniem było mięso z cebulą i liśćmi jakiejś rośliny, z której robi się niektóre gatunki shochu - a przede wszystkim moje ulubione - Tantakatan. Narobiliśmy dwa pełne talerze tych pierogów, jak prezentuje poniżej Mikako-chan.
Poza tym jedliśmy jeszcze 肉じゃが (nikujaga). Pierwsza część tego słowa - niku (肉) - oznacza mięso, a druga  - jaga [czyt. dziaga] - pochodzi od jagaimo (ジャガいも) czyli ziemniak. To potrawa głównie z mięsa i ziemniaków, do której oprócz tego dodaje się jeszcze marchewkę i cebulę. Brzmi swojsko, prawda? :)
A tu już nasz stół, przygotowany do posiłku. :)
Zapomniałam jeszcze wspomnieć o podstawowej różnicy pomiędzy naszymi i japońskimi pierogami. Nasze się gotuje, a ich - smaży.
A tu już towarzystwo w pełnej okazałości. :) Jeszcze powinnam wspomnieć co piliśmy... Było w miarę standardowo: piwo, strong zero i... Carlo Rossi! :D Znalazłam w sklepie i wzięliśmy białe do spróbowania. Smakuje tak samo, ale jest tańsze niż w Polsce.
A propos imprezy mam też parę przemyśleń na temat Japończyków... Przede wszystkim rozmawiając z nimi (a raczej usiłując się porozumieć) doszłam do wniosku, że Okayama to musi być wiocha w ich mniemaniu. W każdym razie różnice w zachowaniu i mentalności są trochę jak u nas, jeśli patrzeć schematycznie: w mieście ludność światła, otwarta i często zepsuta, a w wioskach głupia, ograniczona, lecz prawa. :P No może trochę przesadziłam... W każdym razie w porównaniu z ludźmi z Tokio, to Ci są kompletnie nieuświadomieni, ale za to bardziej grzeczni. Po pijaku nie zaczynają durnych zabaw, zboczonych tematów i podejrzanych harców. Są weseli, albo śpiący (jeden kolega zasnął) i to tyle. Tematy specjalnie się nie zmieniają. Próbowałam trochę pociągnąć ich za język i wspomniałam jedno słowo, którego nauczyli mnie koledzy w Tokio: ぶかけ (bukake). Mniejsza z tym co znaczy... W każdym razie dziewczęta w ogóle nie wiedziały co to jest, a koledzy spłonili się jak róże i uciekli się schować ze wstydu... Uśmiałam się do łez, tym bardziej że koleżanki koniecznie chciały wiedzieć co to znaczy, a koledzy wcisnęli się za łóżko i nie chcieli wyjść. W końcu sama musiałam im wytłumaczyć. Nie były jednak tak zawstydzone jak koledzy. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz