Dowiedziałam się ostatnio paru ciekawych rzeczy. Przede wszystkim parę informacji o Fugu, a właściwie Takifugu - rybie rozdymce, z której słynie Japonia.
Jak zapewne wiecie spożycie tej ryby grozi śmiercią, ponieważ jej mięso jest trujące. A w zasadzie organy wewnętrzne takie jak wątroba, jajniki, ale także skóra i jądra. Zawierają śmiertelną dawkę trucizny - tetrodotoksynę, powodującą paraliż mięśni całego ciała, przy zachowanej świadomości. Ryba cieszy się ogromną popularnością w Japonii i serwuje ją przynajmniej jedna restauracja w każdym mieście. Niemniej jednak tylko garstka kucharzy posiada uprawnienia do sprzedawania przygotowanej przez siebie ryby. Muszą przejść specjalne szkolenie, po którym otrzymują certyfikat. Nie muszę chyba mówić, że taka potrawa jest nieziemsko droga. :) Znalazłam ponadto informacje, że mało komu smakuje mięso Fugu, uważane najczęściej jako mdłe. Zatem jej popularność wiąże się głównie z adrenaliną, jaką daje jej spożycie. A niewielkie ilości samej trucizny umieszczonej na języku daje specyficzne przyjemne odczucia... ??? ... Nie wiem jakie to specyficzne przyjemne odczucia i aż się boję pytać... Co powoduje, że tym chętniej ludzie kosztują jej trujących organów... To informacje ogólno dostępne. Od kolegi Japończyka dowiedziałam się natomiast, że tylko parę restauracji serwuje "prawdziwą" rybę Fugu. Prawdziwą, czyli złowioną w jej naturalnym środowisku. Większość sprzedaje Fugu hodowaną przez ludzi. A najistotniejsze w tym jest to, że taka Fugu nie jest już trująca! Dowiedziałam się, że to pokarm, którym żywi się Fugu w oceanach zawiera toksynę, która następnie osadza się w organach wewnętrznych. Zatem w hodowli, bez dostępu do tego pokarmu, ryba staje się nieszkodliwa! Pozostaje tylko mdły smak i zero frajdy. ;)
Poza tym kolega opowiadał mi co nieco o okolicznych miastach, zamkach itp. W trakcie rozmowy zeszliśmy na lokalne przysmaki i potrawy. Dzięki temu poznałam coś takiego jak シーチキン (Sea Chicken, czyli morski kurczak). :D W życiu nie wpadłabym na to co to jest. Sprzedawany w puszkach jak inne rybki.
Nie mogłam się powstrzymać, przed wrzuceniem tego obrazka. A w rzeczywistości wygląda to tak:
Morski kurczak to tak na prawdę tuńczyk. A mówiąc dokładnie to ten gatunek tuńczyka, który osiąga około 30 cm długości, czyli maluszek. Nie wiem tylko dlaczego porównywany jest do kurczaka... Może to dlatego że normalny tuńczyk rozmiarami przypomina krowę morską? Więc jak porównać normalnego do małego, to idąc za ciosem mamy stosunek jak krowa do kury?? Kto to wie...
A teraz może przejdę do opisu Himeji. W Himeji znajduje się jeden z 12 zamków, które przetrwały do dnia dzisiejszego w pierwotnym stanie. Ponadto należy on do trójki najwspanialszych zamków w Japonii. Poza zamkiem nie ma tam za wiele do oglądania, bo miejscowość nie jest przesadnie duża. Tym razem miałam pecha i nie udało mi się go zobaczyć. Zamek obecnie poddany jest rekonstrukcji, która ma potrwać jeszcze dobrych parę lat. Plusem tego jest jedynie fakt, iż można obejrzeć jak postępują prace rekonstrukcyjne.
Tak wygląda zamek w całej okazałości:
Zdjęcie niestety z internetu... A tak wygląda obecnie, w trakcie rekonstrukcji:
Nie ukrywam, że zirytowałam się strasznie, gdy dowiedziałam się, że go nie zobaczę. Tym bardziej, że pozostałe dwa z najpiękniejszej trójki są poza moim zasięgiem, bo usytuowane za daleko.
Ten zamek faktycznie miał szczęście. W trakcie drugiej wojny światowej całe Himeji zostało zrównane z ziemią w trakcie bombardowania. Ale zamek ocalał! W lokalnym muzeum mają nawet zdjęcia zaraz po bombardowaniu, gdzie nad zgliszczami miasta króluje potężny zamek.
Mimo to upływ czasu zrobił jednak swoje. Projekt rekonstrukcji prowadzony jest od kwietnia 2010 roku i planowo ma być zakończony w marcu 2015, więc jeszcze trzy lata. Zamek został rozebrany aż do kości, znaczy do drewnianego szkieletu. Zerwano wszystkie podłogi, tynki, dach itd, po czym przystąpiono do rekonstrukcji. Najważniejsze jest to, iż odbudowują go wg pierwotnych planów. Używają materiałów, które wykorzystywano pierwotnie przy budowaniu go.
Powyżej przedstawiona konstrukcja ścian i dachu. Ściany pokrywane były jak widać kilku-warstwową zaprawą. Z tego co pamiętam to były zrobione odpowiednio: z wypalonego, sproszkowanego minerału, ze startych na proch morskich muszli, z jakiejś wysuszonej i rozdrobnionej rośliny i z najdrobniejszego piasku.
Obecnie w rekonstrukcji jest tylko główna wieża, więc zrobiłam parę zdjęć okolic zamkowych.
Most prowadzący do zamku. W czasie wojny został zniszczony, a odbudowano go w stylu Edo.
Brama, prowadząca do posiadłości zamkowej, łącząca w sobie trzy style architektoniczne Japonii.Malutkie wieżyczki strażnicze, już po renowacji.
W zabudowaniach dookoła można się było natknąć na wystawy, omawiające budowę zamku, życie jego mieszkańców itp. Między innymi wystawione były tradycyjne zbroje japońskie.
A także przedstawiona ewolucja Shachihoko. Pierwsza z rybek pochodzi z okresu Edo, zatem jest pierwszą formą tego stworzenia.Druga to forma z okresu Meiji, zmieniona wg ówczesnych trendów. Zmieniano wówczas wszystkie Shachihoko w kraju.
No i ostatnia forma, która przetrwała na zamkach do dziś - forma z okresu Showa. Grubsza zrobiła się Shachi i jakby bardziej drapieżna. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz