Jestem tu już sześć dni! Czyli prawie tydzień. :)
Jak na razie nawet nie zdążyłam porządnie przyzwyczaić się do tutejszych warunków. Do klimatu to chyba nigdy nie zdołam się przyzwyczaić.. ^^" Ale wprowadziłam do mojego dziennego harmonogramu wieczorne spacery, więc mam już parę zdjęć mojej najbliższej okolicy.
Zacznijmy od zdjęcia miejsca w którym mieszkam. Składają się na nie dwa małe, trzypiętrowe bloki (dwupiętrowe licząc po polsku). Jest tam około 80 mieszkań, jeśli dobrze liczę. Małe, jednoosobowe, takie jak mój i duże, dwuosobowe lub rodzinne. Z tego co zauważyłam jest sporo wolnych pokoi. Największy procent stanowią Koreańczycy i Chińczycy, poza nimi spotkałam tylko dwóch Afroamerykanów. Nie ukrywam, że większości nie miałam okazji zobaczyć, więc moja wiedza na ten temat jest ograniczona. Niestety minusem tego akademika jest brak wspólnej sali, w której można by wzbogacić się o nowe znajomości. Nie zdziwię się więc jeśli przez te dwa miesiące nie poznam absolutnie nikogo.
A to już okolica. Akurat wszędzie dookoła stoją same jednorodzinne domki, w tym wiele w tradycyjnym japońskim stylu. Zaraz za nimi rozciągają się wzgórza. Szukałam ich nazw ale chyba są zbyt małe żeby je nazywać. Albo za małe żeby na mapie google była nazwa. Nawet udało mi się ująć charakterystyczne kwadratowe samochodziki. Wszędzie ich pełno w Japonii. Wyglądają pociesznie, ale muszę mieć jakieś zalety, skoro cieszą się takim powodzeniem.
Powyższe domy należą najpewniej do najbogatszych. Bardzo duże, z okazałą bramą i mnóstwem roślinności. Niektóre miały dodatkowo metalowe okucia na dachach w kształcie roślin albo zwierząt.
Hehehe... A tu znak "Stop". Coś mnie tknęło żeby go sfotografować. Wiele znaków drogowych w Japonii jest wymalowanych na ulicach. Tak samo ograniczenia prędkości i inne.
I jeszcze wieczorne niebo. Dla wtajemniczonych: wypatruję chmur rotorowych, żeby wiedzieć kiedy oczekiwać następnego tsunami.
A z takich luźnych dygresji... Rozbraja mnie stosunek Japończyków do picia. A głównie to, że oni mają "drinking culture", jak sami to określają... Mam wrażenie, że już o tym mówiłam kiedyś... Co to za kultura picia? Pije się to się pije. Nie widzę różnicy pomiędzy pijącymi Polakami, a Japończykami... Im się wydaje, że my dużo pijemy. A przecież tu chodzi o efekt. Japończycy kończą imprezę w takim samym stanie jak Polacy, z tą małą różnicą, że potrzebują mniej alkoholu, żeby doprowadzić się do takiego stanu. I to jedyny powód dla którego pijemy więcej. Bo jeśli chodzi o częstotliwość, to z pewnością Japończycy nad nami górują. W końcu każda okazja jest dobra, żeby zrobić "drinking party"... Ta nazwa też doprowadza mnie do szału. Tak jakby w tym "party" chodziło tylko o picie. Nie widziałam tu jeszcze imprezy bez alkoholu, po co więc to rozdzielać? Party to party, z piciem czy bez. Nie mają żadnych specjalnych zwyczajów dotyczących picia, dlaczego więc wydaje im się że mają całą kulturę picia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz