Cześć!
Tak jak obiecałam wrzucam dzisiaj posta w wrażeniami z Hiroszimy. Wybrałam się wczoraj i spędziłam cały dzień na zwiedzaniu. Ale zacznijmy od początku...
Minusem podróży stąd do Hiroszimy jest to, że dostać się tam można tylko shinkansenem... No nie ukrywam, że super-szybkie pociągi są imponujące, wygodne i... super-szybkie, jednak są też nieziemsko drogie... :/ Za przejazd do Hiroszimy i z powrotem zapłaciłam około 450zł... Lekka przesada... Fakt, 160km w jedną stronę pokonał w 30 minut, ale puściłoby mnie to z torbami na dłuższą metę... Dla porównania: shinkansen do Osaki kosztuje ponad 10.000 yenów w jedną stronę (czyli dwa razy drożej niż do Hiroszimy), ale można też wybrać podróż autokarem, która kosztuje 3.000 yenów (w obie strony!). Shinkansen jedzie godzinę, a autokar trzy. Po zastanowieniu się wybrałam autokar i tym samym zaoszczędziłam 17.000 yenów... Zgroza... Bilety już kupiłam i do Osaki jadę jutro. :) Ale o tym za chwilę.
Zatem Hiroszima. W 1940 roku miasto to było siódmym co do wielkości miastem w Japonii i zamieszkiwało je 344 tysiące mieszkańców. Po zrzuceniu amerykańskiej bomby atomowej, 6 sierpnia 1945 roku, o godzinie 8:15, zginęło 200 tysięcy ludzi... 80% tych, którzy przeżyli wybuch zmarło w przeciągu następnych tygodni. Jedynie nieliczni przetrwali, by umrzeć naturalną śmiercią. Co ciekawe już w 1947 roku rozpoczęto odbudowę i powtórne zasiedlenie miasta, a obecnie Hiroszima liczy sobie 1,14 mln mieszkańców. Spacerując po mieście nie da się zauważyć jego mrocznej przeszłości. Potężne centrum z drapaczami chmur, mnóstwo samochodów, sklepów i ludzi. Podobno jednak nadal notuje się tu zwiększoną liczbę zachorowań na raka...
Na środku stawu są maleńkie wysepki ze skarłowaciałymi drzewkami oraz kamienny mostek (powyżej) łączący oba brzegi.
Pomiędzy alejkami i drzewami ukryte są małe altanki, jak na na górze, w których można odpocząć i pokontemplować piękno przyrody oraz pawilon herbaciany, w którym za opłatą można wziąć udział w ceremonii parzenia herbaty.
Pełno nam strumyczków, źródełek, mostków i kamiennych latarni - małych i dużych.
To naprawdę urocze, pełne klimatu miejsce. Spacer po nim był tym przyjemniejszy, że nie było tam prawie nikogo, bowiem pogoda mi dopisała i rano padał deszcz. :)
Chętnie zostałabym tam dłużej i pomedytowała w ciszy, jednak mieszkańcy ogrodu zdawali się chcieć mnie pozbyć. A dokładniej - krwiożercze komary! Obstawiam, że to w nich przetrwała jeszcze część promieniowania po bombardowaniu i są radioaktywne! Bowiem po ugryzieniach zostały mi takie bąble i plamy na skórze jak po tych egipskich, mieszkających w Nilu z klątwą faraona...
Zapomniałam dodać, że w ogrodzie jest jeszcze muzeum Sztuki. Jest malutkie, ale posiada niezłą kolekcję dzieł na temat holokaustu. Min. przepiękny obraz Ikuo Hirayamy, zapierający dech w piersiach.
Szybko więc zostawiłam ogród za sobą i ruszyłam do zamku. Zamek pierwotnie został zbudowany w 1593 roku, a dopiero w 1958 roku jedynie pięciopiętrowa wieża główna została odbudowana ze zgliszcz po bombardowaniu. We wnętrzu znajduje się muzeum lokalne, w którym jednak nie wolno robić zdjęć, dlatego mogę Wam ofiarować jedynie widok z zewnątrz.
Jego nazwa to Ri-jo - Zamek Karpi.
Dalej udałam się do Katedry Bomby Atomowej i Parku Pokoju. Muszę przyznać, że jeszcze nic nigdy nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Katedra, będąca dawną izbą przemysłowo-handlową miasta, znajdowała się w ścisłym epicentrum detonacji. W promieniu 3km dosłownie wszystko zostało zniszczone, zmiecione z powierzchni ziemi. Obiekt obecnie znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.
Niewiele dalej znajduje się Park Pokoju wraz z Muzeum Bomby Atomowej. W muzeum można dowiedzieć praktycznie wszystkiego na temat tych tragicznych wydarzeń. Wstrząsające są filmy ze zwierzeniami tych, co przetrwali, zdjęcia doszczętnie zniszczonego miasta, stopione metalowe przedmioty, jak mały trójkołowy rowerek, czy pudełko na drugie śniadanie, szczątki ciał w gablotach, które znaleziono na zgliszczach, zdjęcia cierpiących na chorobę popromienną, czy tych, który przetrwali ale wybuch zerwał z ich ciał całą skórę, fragmenty budynków na których pozostał cień ludzi, będących w ścisłym centrum. Ich ciała uległy całkowitej dezintegracji, pozostawiając po sobie tylko odbicie na ścianach...
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Amerykanie zdążyli nawet zrobić zdjęcie grzyba nuklearnego, który powstał po wybuchu... Nie wiem jak Japończycy mogli im wybaczyć. Ja po tym co zobaczyłam, nie wybaczyłabym.
A tu jeszcze dla głębszego zobrazowania rozmiarów katastrofy. Na górze makieta przedstawiająca miasto przed wybuchem, a na dole po nim.
Na koniec jeszcze trochę pozytywnej energii... Zwiedziwszy Hiroszimę wybrałam się jeszcze w krótką podróż do Miyajimy. Kawałek pociągiem z Hiroszimy, a dalej promem na wyspę. To mała wysepka - 30km2 - w niemal całości pokryta lasem i wzgórzami. U ich stóp przycupnęło tylko małe miasteczko i świątynia Itsukushima. Wyspa ta uważana jest przez Japończyków za świętą. Niegdyś nie wolno było na niej rodzić, ani umierać, obowiązywał również zakaz posiadania psów. Ten ostatni nadal jest aktualny, nadal nie założono tu cmentarza i zmarłych grzebie się na stałym lądzie, a uczestnicy każdej ceremonii pogrzebowej przed wejściem na wyspę muszą przejść rytuał oczyszczający. Nie wiem tylko dlaczego niby ma ona być świętą? Chram Itsukushima jest wyjątkowo duży, składa się bowiem aż z 14 budynków. Cały wznosi się na palach i podczas przypływu wygląda jakby stał na wodzie.
To właśnie do tego chramu należy słynna Torii. Postawiono ją 200 metrów w głąb morza, tak iż tylko w trakcie odpływu można podejść bezpośrednio do niej, po mokrym piasku. Jest to największa Torii w Japonii: filary 16,20m, belki poprzeczne 23,30m.
Tu akurat miałam pecha, bo wczoraj było chyba jakieś święto związane z tą świątynią. W każdym razie po zmroku miały być fajerwerki, w związku z czym, od samego rana, Japończycy tłumnie zjeżdżali się na wyspę. Byłam tam około 15, zatem jakieś 5 godzin przed fajerwerkami, a calutki brzeg był już obsiedzony przez ludzi na kocykach, matach itp. rezerwujących sobie miejsce na widowisko. Japończycy to mają naprawdę bzika na punkcie sztucznych ogni... Pamiętam że kiedyś też się nimi tak emocjonowałam, ale byłam wtedy dzieckiem! A oni mają chyba jakiś genetyczny szał na tym tle. Że im się chce cały dzień spędzić w tłumie, w upale, tylko po to, żeby zobaczyć parę kundli... Brak mi słów...
No i jeszcze dwie rzeczy, o których prawie zapomniałam. :) Na Miyajimie, jak w Narze, żyją sobie jelonki i sarenki. Muszą być kompletnie pozbawione instynktu, albo po proste oswojone od małego, bo nic nie robią sobie z ludzi, samochodów itp.
Ale widać też, że żyją tym co dostaną, a turyści karmią je na potęgę. Bowiem udało mi się znaleźć Hashiyaki i nie omieszkałam ich spróbować:
Tylko, że jelonek który przechodził obok najwyraźniej też miał na nie ochotę i chwilę musiałam z nim walczyć, żeby nie zwinął mi ich z tacki. Nie przejmował się tym, że go odpycham i dalej pchał pyszczek do jedzenia. W pewnym momencie się trochę zestresowałam, bo miał spore poroże i nie wiedziałam czy nie użyje go do pomocy. Na szczęście jednak po chwili dał za wygraną i poszedł sępić gdzieś indziej. :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz