czwartek, 9 sierpnia 2012

Impreza powitalna

Po tygodniu od mojego przyjazdu studenci zorganizowali imprezę powitalną dla mnie. W sumie to była to łączona okazja, bo jeszcze przyjechał profesor, który kiedyś kierował tym zakładem i jeden ze studentów miał urodziny.

Zatem po pracy (czyli przed szóstą!!) przenieśliśmy się do centrum Okayamy. W okolicach uniwersytetu podobno ciężko o izakaya (czyli japoński bar - przypominam). Zaś w centrum było ich sporo, więc było w czym wybierać. Miejsce już mieliśmy zarezerwowane i przygotowane na nasze przybycie. Na pierwszy toast standardowo musiało być piwo. Tak zaczyna się każdą imprezę. Każdy ma małą szklaneczkę, taką literatkę, do której wlewa się piwo. Ten pierwszy drink jest obowiązkowy. Wznosi się toast za coś tam i potem dopiero idzie właściwe zamówienie. No i na stół wchodzi jedzenie, którego jak zawsze musi być duuużo.
Tu przykładowe jedzonko: na ciemnym talerzyku krewetki w panierce (przepyszne) z jakimś sosem, trudnym do określenia. Obok nich tradycyjny japoński omlet - cieniutki, zawinięty w rulon, a w środku ser i kawior tuńczyka chyba. Na pierwszym planie, obok szklanki z piwem widać też małą miseczkę. W nich podawali przekąskę - na samym początku, do toastu. Smakowało to jak ketchup domowej roboty. Taki sos pomidorowy.
A tu już członkowie labu. Niestety na razie kojarzę tylko parę imion... Na powyższym, pierwszy z prawej to Ryoji Mitsuhashi, a następny Akihiko Kanayama, kolejnego imienia nie kojarzę. Ryoji bardzo dobrze mówi po angielsku więc w sumie z nim rozmawiam najwięcej. Jako jeden z bardzo nielicznych nie boi się mnie... Bo większość studentów z labu po prostu mnie unika z obawy, że się do nich odezwę po angielsku, a jeszcze (Boże broń!) będę czegoś chciała! Poziom grupy może i nie jest tak żenujący, że trzeba by za niego przepraszać (ukłon w stronę szanownego kolegi), ale tego pewnie nigdy się nie dowiem. Oni uważają, że nie potrafią gadać, no i nie potrafią! Rzeczywistość jest taka, że oni wszyscy uczą się języka tyle samo lat, tylko że jedni nie boją się z niego korzystać i dzięki temu nabierają wprawy, a inny boją się i wręcz zatracają swe umiejętności. Jedynym sposobem na nich jest wyjazd za granicę, gdzie nie mają wyjścia i muszą gadać. Ryoji był właśnie w Kopenhadze na jakiś czas i tam doszlifował angielski. Z pozostałej dwójki: kolega po lewej w ogóle nic nie mówi (może dlatego nie znam jego imienia), a Akihiko mówi aż za dużo, ale tylko po japońsku. Był pierwszą osobą która upiła się na imprezie i zrobił to naprawdę w olimpijskim tempie.
Tutaj dalsza część labu... Hmmm... Z imienia znam tylko dziewczynę koło mnie, to Asami Mori. Druga osoba, która nie wstydzi się mówić po angielsku. Idzie jej słabiej niż Ryoji, ale porozumiewamy się japońsko-angielskim miksem i to wystarcza. Z nią byłam na festiwalu. W trójkę zawsze chodzimy na obiad do stołówki, oboje są na doktoracie. Za Asami jest Marina Inoue - bardzo sympatyczna dziewczyna, obecnie kończy licencjat i za niecałe dwa tygodnie ma egzamin na studia magisterskie więc codziennie siedzi w książkach z labie. I wychodzi chyba przed północą! Silną wolę ma z pewnością. Po otępieniu się alkoholem nawet zaczęła ze mną rozmawiać. To fakt, alkohol jest niezawodnym sposobem na poznanie Japończyków bliżej. Puszczają im wszelkie hamulce i nagle wszyscy się do ciebie uśmiechają, zaczynają z tobą gadać i szukać twojego towarzystwa. Aplikowałabym im co rano po jednym piwie, to po tygodniu wiedziałabym o nich niemal wszystko, a o ile weselej by było! ;) Imion kolejnej dwójki nie kojarzę. Wiem tylko że dziewczyna na końcu zaprosiła mnie do swojego domu za tydzień, na imprezę z japońskim jedzeniem. Paru innych ludzi z labu też. Ma zaskakująco mocną głowę...
Tutaj damskie grono. Lab składa się w większości z dziewczyn. Przyznaję, że nie kojarzę imienia żadnej z nich. Wiem tylko że pierwsza z prawej ma własny samochód, którym jeździ na uczelnię - to ewenement, nie jeździ na rowerze!
A tu ja z profesorami... Zaraz koło mnie Masaaki Kojima - były szef. Świetnie mówi po angielsku, uczy się też hiszpańskiego i umie jeszcze jeden jakiś ale zapomniałam co to było. Parę razy był w Polsce, zwiedził chyba wszystkie większe miasta. Jeśli się nie mylę to uczestniczył w Winter School on Coordination Chemistry w Karpaczu gdzie zaznajomił się dobrze z Wrocławskim Uniwersytetem i profesorem Mrozińskim. W tym roku chyba również się wybierze. Obok niego mój profesor - Takayoshi Suzuki. Trochę już o nim opowiadałam. Mówiąc ogólnie świetny naukowiec a przy okazji bardzo sympatyczny i wesoły (co widać na zdjęciu) mężczyzna. Dalej jest drugi profesor - Yukinari Sunatsuki. Też był w Karpaczu i jeśli się nie mylę to jego polscy studenci przezwali Michael Jackson (Aniu? Wypowiesz się?). Też bardzo sympatyczny, ale po angielsku za bardzo nie mówi i zdaje się być strasznie nieśmiały. Za nimi dwójka "anonimowych" studentów.

OK, to prezentację mamy za sobą. :)

Aha! Miałam się jeszcze czymś pochwalić... Dokonałam bardzo przydatnego zakupu:
Genki! Poziom II. Wybór podręczników do japońskiego mają tu na prawdę imponujący. I oczywiście są tu one tańsze. W sumie zaoszczędziłam 60zł na tym podręczniku. W Polsce kosztuje 200zł!!! Jest wart swej ceny - gruby, treściwy i jeszcze z płytą CD do "lisningów". Jak tylko przerobię wszystkie kanji w poprzedniego tomu to wezmę się za ten. Obiecuję! :)


2 komentarze:

  1. Moja Izo, wszystkich trzech profesorów kojarzę z Karpacza. natomiast 3 profesor licząc od Ciebie to słynny Michael Jackson. Czy ten profesor to pamięta?? aż strach pojechac znów do Karpacza :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Drugiego nie powinnaś kojarzyć, bo go tam nie było... ;) Ale może ktoś podobny się zjawił... Trochę nie mam ochoty się go pytać czy pamięta to przezwisko... xD Mi nic nie mówił na ten temat... Bój się, bój, bo w tym roku znowu jedzie. ;)

    OdpowiedzUsuń