niedziela, 2 października 2011

Dzień trzeci

Zastanawiam się czy ktokolwiek to czyta... Zero komentarzy, brak zainteresowania... Nieładnie. Odechciewa się pisać...

Wczoraj spotkałam się z dwiema paniami z JAUW. Bardzo sympatyczne staruszki. Ale zestresowałam się ostro, że zachowam się nieodpowiednio, a starsi ludzie w Japonii są szczególnie na to wrażliwi. Na szczęście lepiej opanowałam formalny niż nieformalny język japoński, więc zawsze używam tego pierwszego. Przynajmniej nie muszę się martwić, że walnę coś nieodpowiedniego...

Wczoraj również do Tokyo wrócił kolejny członek labu, który przez półtorej roku studiował w Hongkongu. Dlatego też zaraz po pracy wybraliśmy się wszyscy razem z nim do restauracji na kolację. To była francuska restauracja więc żadnych japońskich potraw nie opiszę, ale za to pierwszy raz w życiu jadłam ślimaki! Były pyszne! :)
Nie mam niestety zdjęć bo zapomniałam aparat w domu. No i nie wiedziałam że planują imprezę... :/
Do kolacji każdy wypił po dwa piwa, a potem jeszcze profesor kupił trzy(!) butelki wina. No racja, słyszałam że Japończycy dużo piją, ale to chyba była przesada. Jeden ze studentów zasnął bez krępacji. Reszta była w niewiele lepszym stanie, ale byli przytomni. Nawet profesor był już nieźle zrobiony. Śmiesznie... Plus jednakowoż był taki, że zaczęli mówić! BO w labie to ciężko cokolwiek od nich usłyszeć.
Po popijawie w resutoranto (jak mówią Japończycy), wpadli na pomysł żeby iść na karaoke. Sensei się wykruszył, ale reszta ostro ruszyła na podbój parkietu. No i ja razem z nimi oczywiście. Moje pierwsze karaoke. Ale mam nadzieję że nie ostatnie. Byliśmy w specjalnym barze karaoke, podzielonym na pokoje ze stolikiem, krzesłami, sceną, mikrofonami i ekranami na ktróych wyświetlane były teledyski wraz ze słowami piosenek.
Śpiewali ile sił w płucach, niekoniecznie pięknie ale z zapałem.
A ja w końcu zapamiętałam imię jednej osoby z labu - jedyna dziewczyna, nazywa się Kei-san. Reszta może później... ;)

Ponadto dzisiaj integrowałam się z mieszkańcami pensjonatu. Bez alkoholowo. Za to robiliśmy i jedliśmy jakąś dziwną japońską potrawę, o wyglądzie jak na zdjęciu poniżej. Było to dobre i miało w środku mięso ośmiornicy (widać było przyssawki), kapustę, ser i coś w ryżu ale nie wiem co. ;)

7 komentarzy:

  1. Jak to nikt nie czyta wszyscy uczniowie czytają !
    Żądamy więcej zdjęć ! ;)

    P.s Fundacja jeszcze stoi ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. TAKOYAKI!?! O BOGOWIE! Jak ja chciałam tego spróbować! zawiść do potęgi :D widać że dobrze się bawić, a tu taki szybki szpil ;]

    http://www.youtube.com/watch?v=PHDmVhShE80&feature=relmfu

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja czytam i zazdroszczę nieustannie i codziennie rano i wieczorem!!! :-) Uściski polskie ślę odlatującymi ptakami :-) Ucja

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląda fajnie ale sądzę że nie wejdzie do mojego jadłospisu na dłużej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tao, a może ślimaki wejdą w takim razie do waszego repertuaru ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Takoyaki faktycznie strasznie proste w obsludze. Mozna tez kupic mrozone i zrobic w mikrofali. Ja tam chetnie zrobie w domu, tylko skad wciaz mieso osmiornicy??

    OdpowiedzUsuń
  7. pewnie, że czytamy tylko tak wciąga że nie ma czasu na pisanie komentarzy :*:*:*:*

    OdpowiedzUsuń