Moi drodzy! Cieszcie sie i radujcie, albowiem bliskie jest pojawienie sie zdjec na blogu! Oto bowiem Jakub, syn Zbigniewa, przybyl do Japonii, miasta Tokyo.
A tak na powaznie. Kuba przylecial w niedziele. Zostaje na dwa tygodnie, wiec sadze ze zrobi wiecej zdjec niz ja przez te trzy miesiace tutaj... :P Robienie fotek nie jest moim powolaniem, to pewne. On za to to uwielbia, wiec trzymajcie kciuki. ;)
Po jego przylocie skoczylismy na karaoke z trojka znajomych z gesto hausu, do Shibuya. Zdjec troche napstrykal, wiec wrzuce je jak je od niego wyciagne. ;) Shibuya taka jak zawsze. Halasliwa, bajecznie kolorowa i nieziemsko zatloczona! Ale nie bylo jeszcze tak zle. Skoczylismy na obiad do baru. Tanio niby bylo, ale jak bylam z Laura dzien wczesniej w Shibuya i Harajuku, to pokazala mi kosmicznie tanie miejsce!
W zasadzie taki fast food japonski. Bardzo malutki bar, bez stolikow, tylko lada i barowe stolki. Trzeba w automacie przy drzwiach wybrac sobie potrawe i za nia zaplacic. Drukuje sie bilecik, ktory daje sie barmanowi. 5 minut i obiadek stoi przed toba. :D Pyyycha! Nastepnym razem musze tam wrocic! Koniecznie!
W zasadzie naszym celem bylo Harajuku wtedy, ale do Shibuya przyjechalysmy zjesc obiad. Potem przespacerowalysmy sie do Harajuku, ktore jest nastepna stacja metra. Pomiedzy nimi lezy spory park, zwany Yoyogikoen -> czyli park Yoyogi. W parku czesto maja miejsce jakies festiwale. Jak przechodzilysmy byla jakas impreza dla dzieci, jednak nie mam bladego pojecia z jakiej okazji. Poza tym cale mnostwo mlodziezy, tanczacej, spiewajacej, grajacej, ogolnie sprzedajacej swoje talenty. No i bardzo swobona, mila atmosfera. Mam pare zdjec to wrzuce jak dotre do kompa w domu. ;) W harajuku skupilysmy sie na zakupach. Multum sklepow ze wszystkim czego mozna zapragnac. A przeceny takie ze wlos staje! :O Kupilam kapelusz, bo nie bylam w stanie sie powstrzymac. Przeceniony z 4,000 yenow na 999! Czyli okolo 40zl. Nawet jak na nasze warunki to tanio... Tak sobie przynajmniej tlumacze swoja rozrzutnosc. Na szczescie na tym skonczylam, chociaz zastanawialam sie jeszcze nad perfumem: przecena o 81% - za kolejny 1,000 yenow, nad bielizna - sliczny komplecik: przecena o 60% - na 1,400 yenow i pare miseczek po 88 yenow kazda, rowniez z przeceny. Jednak kupilam tylko kapelusz... i teraz zaluje... Ech...
Co do bielizny i w ogole ubran w Japonii, to trzeba uwazac, zeby w depresje nie wpasc. Jaka jest rozmiarowka japonska nie trzeba chyba mowic... W kazdym razie jak z kolezanka ogladalysmy biustonosze, to miseczka D wydawala sie na mnie za mala. Laurze, bogato obdarowanej przez los w tej kwestii, nie pozostalo nic do wyboru. Takich rozmiarow po prostu tu nie produkuja! Miseczka A byla jak dla mnie na kota. Jesli o pojemnosc chodzi i o szerokosc klatki piersiowej. Po co w ogole biustonosz komus takiemu? Dlatego tez wolalam nie mierzyc, bo mogloby sie to zle skonczyc... Tak jak kupno stroju kompielowego dwa tygodnie temu... :/ Musialam kupic na rafting, bo nie wpadlam na to, zeby wziac swoj z domu. Odruchowo wzielam rozmiar S i wskoczylam do przebieralni. I tu szok! Nie bylo najmniejszych, najmnijeszych nawet szans zeby sie w to wcisnac! No dobra... Jeknelam w duchu i poprosilam o wiekszy. Czyzbym at tak dobrze sie tu odzywiala...? Dobra, jest M... Mocuje sie, mocuje... .... .... Nie ma mowy... Zimny pod wystapil mi na czolo. Spojrzalam na siebie krytycznie i po dluzszym zastanowieniu stwierdzilam, ze raczej wiele sie nie zmienilo, od mojego przyjazdu tutaj... No dobra, wiec prosze o wiekszy... Jest L... Dobra nasza! Wcisnelam sie!... Ale nastroj maniakalno-depresyjny jaki przy okazji mi sie pojawil, pozostawial wiele do zyczenia... L! Masakra! Ciekawe na jakim rozmiarze sie konczylo... Az balam sie patrzec. S, M, L, XL, XXL, XXXL, XLL, LL... Doh... Nigdy wiecej! X-|
Ty tam lepiej męża pilnuj żeby się za jakimiś Gejszami nie oglądał ;) Wiesz jak Azjatki reagują na "tyrysy europy" ;P
OdpowiedzUsuń