środa, 9 listopada 2011

O wycieczkach po Japonii slow kilka.

Drodzy czytelnicy! Zaniedbalam bloga straszliwie. Ale to dlatego ze zwiedzalismy wiec nie bylo czasu na pisanie. ;) Efekt zwiedzania na zdjeciach ponizej.
Zaczelismy od wyprawy na karaoke do Shibuya. Ale o tym juz zdaje sie pisalam. :) Na pierwszym z nich widok przez okno z baru karaoke. Mielismy farta ze trafil sie nam pokoj na 7 pietrze, jeszcze z widokiem na glowna ulice. Na kolejnych trzech rzecz istotniejsza - obiad. :D Jedzenie japonskie jest po prostu nieziemsko dobre! Z cala pewnoscia czesc potraw przywioze z soba do Polski i bede praktykowac ich przygotowywanie tak czesto jak bedzie sie dalo. Skladniki na szczescie w internecie mozna kupic, w sklepach nie ma na co liczyc. Szkoda tylko ze drogie sa strasznie. Np. krewetki tygrysie. Uwielbiam krewetki! Szczegolnie w tempurze albo w chrupkiej panierce.... Mmmm... Tu sa w miare tanie, a u nas to po prostu rozboj w bialy dzien! Wiec zajadam ile sie da. ;)
 To moj obiadek. W drewnianym garnuszku z pokrywka jest ryz z odrobina tamago - slodkiego omletu japonskiego oraz z krewetkami. To tylko krewetkowe niemowlaki, wielkosci okolo 1,5cm. Je sie w calosci oczywiscie wiec fajnie chrupia w zebach ich ogonki. ;) Ryz nalezalo plastikowa biala lyzka przekladac stopniowo do miseczki, tak by calosc nie wystygla. Obok w miseczce kapusta pekinska gotowana na slodko-kwasno z japonskim szpinakiem. W duzej szarnej miseczce zupa miso - jak to mowi Marcin Bruczkowski "zupa z misia". Podawana jako taka przystawka niemal w kazdym barze. W zupie zazwyczaj plywaja kawalki tofu i glonow wakame oraz cos jeszcze, ale nie wiem co to. Musze spytac kolegow. W zielonej miseczce imbir, by oczyscic kubki smakowe. ;)
 To obiad Kuby. Jesli dobrze pamietam to z czerwonym pudelku byl ryz (pod spodem), a na nim jakies mieso z panierce, smarzone na glebokim tluszczu, z odrobina warzyw i jajkiem. Oczywiscie na styl japonski jajko MUSI byc surowe! Lekko podgrzane ale surowe. Pycha! Swietnie smakuje ryz wymieszany z roztrzepanym jajkiem. Mmmm... W czarnej misce miso, jak i u mnie a w zielonej imbir.
 To obiad kolegi. Nie bardzo wiem co zamowil. Na bank jak zawsze miso i imbir. W bialej miseczce ryz, w butelce obok sos sojowy, a na niebieskim talerzu chyba ryba w panierce i warzywa. Z cala pewnoscia rozpoznaje daikon - biala zodkiew japonska. Jest ogromna, ale mozna ja normalnie kupic w Polsce. Potarta na paseczki i polana sosem sojowym.
Czesc druga. Pierwszego dnia, kiedy mialam wolne - tj. w czwartek zeszlego tygodnia - swieto czegos tam - pojechalismy do Kamakury. http://pl.wikipedia.org/wiki/Kamakura_%28miasto%29
Po angielsku bardziej obszernie, jak zawsze: http://en.wikipedia.org/wiki/Kamakura,_Kanagawa
Moje ulubione zdjecie, ponizej. ;) Sklepy z alkoholem maja niesamowity klimat. Nie to co naszej monopolowe, ktore zawsze jakos kojarza mi sie z obskurnym komunistyczym sklepem. Tutaj czuje sie jak w sklepie z zabawkami. Wszystkie butelki wygladaja po prostu swietnie, jeszcze obsmarowane kanji z kazdej strony. Jak jajko-niespodzianka! Nie masz pojecia co jest w srodku, ale zapowiada sie niezle. :P Oczywiscie wstapilismy i wyposazylismy sie w conieco. Przy okazji pogadalam troche ze sprzedawczynia. Ludzie tu sa bardzo mili. 
To przeystanek po drodze do Hase-dera. Zaraz obok skrzyzowania ze swiatlami. Jakis maly oltarzyk i figurki, wygladajace na mnichow. Przed kazda figurka lezala mala ofiara - jakies ciastko albo cos takiego i czarka.
To jakas mala swiatynka tez po drodze. Bardzo malutka byla i zupelnie pusta. Potem tylko przyszedl dziadek (ojiisan), ktory najwidoczniej sie nia opiekowal i zaczal sprzatac. Szukalam tej swiatynki, ale jak na razie nie wiem ktora to jest.

 To juz widok z Hase-dera. Piekna, ze sporym ogrodem, w stylu japonskim rzecz jasna. W kazdym jeziorku plywaly rybki. Niektore z nich to zapewne swiete karpie, a reszta to tylko dla ozdoby.

 Swiatynia zajmuje ogromna przestrzen, a przy sciezkach znalezc mozna takie urocze figurki. Zdjecie zrobilam tylko jednej trojce.
 Ponizej glowne zabudowania Hase-dera.


 A tu juz pomnik Daibutsu w Koutoku-in. Drugi co do wielkosci w Japonii, wykonany z brazu ma okolo 13,35 metrow wysokosci i wazy 93 tony!! Na zdjeciu niestety nie da sie odczuc jego ogromu. Do srodka moznabylo wejsc, ale byla taka kolejka ze nam sie odechcialo. Ma nawet poemat na swoja czesc: http://en.wikisource.org/wiki/Buddha_at_Kamakura

 Dalej udalismy sie, poprzez cos w rodzaju deptaka z mnostwem sklepow i jeszcze wiekszym mnostwem turystow. Najciekawszy sklep ponizej. Sklep z japonskimi tradycyjnymi slodyczami. Ze zdjecia ciezko wywnioskowac co to takiego. Slodycze sa nie dosc ze pyszne, to nie sa tuczace, bo bez czekolady - na bazie owocow i ryzu glownie. Ponadto zapakowane rewelacyjnie idealnie nadaja sie na prezent...
 A to Tsurugaoka Hachiman-guu. Tez jedna z wiekszych i tez zatloczona koszmarnie. W koncu wolny dzien byl, wiec ludzi wywialo z domow. Wiecej bylo Japonczykow niz cudzoziemcow. Mielismy szczescie o tyle, ze akurat gdy tam bylismy odbywala sie ceremonia slubna. Oczywiscie wszystko zgodnie z tradycja. Kimona, hakamy, panna mloda w bialym stroju i poteznym czepku na glowie. Nie wygladala zbyt uroczo, ale za to dradycji stalo sie za dosc. Niestety niewiele bylo widac.

 I ostatnia swiatynia, ktora odwiedzilismy w Kamakurze. Nazwy nie pamietam - sprawdze.

1 komentarz: